środa, 20 listopada 2013

Epilog.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=pv9JmemX9YI


Stałam i patrzyłam na dziadka oniemiała. Po moich policzkach ciekły łzy, byłam cała zasmarkana. Nigdy nie pomyślałabym, że coś takiego mogło się wydarzyć. Historia mojego dziadka była bardzo wzruszająca. Taka romantyczna, a zarazem smutna.
Spojrzałam na niego. Ukradkiem ocierał łzy z twarzy. Nie chciał, bym widziała jak cierpi. Dla mnie nie było to wyrazem słabości, lecz wielkiego uczucia, jakie żywił do mojej babci.
- Dziadku, myślisz jeszcze czasem o niej ?
- Oczywiście, że tak - starał się uśmiechnąć - Noelle, twoja babcia, jest przy mnie cały czas - pokazał ręką na serce - Widzę jej uśmiech, kiedy tylko zamknę oczy. Widzę jej przepełnione miłością zielone oczy za każdym razem, kiedy tylko o niej pomyślę. Słyszę jej śmiech, kiedy przypominam sobie, jak traktowała Cristiana Tello. Musisz wiedzieć, że często tu przychodzę. Tu do niej, by porozmawiać, opowiedzieć jej, co się dzieje w moim życiu. Tak niepełnym, bo umierając zabrała cząstkę mnie ze sobą.
Spojrzał na nagrobek.
- Odnajduję twoją babcię - kontynuował - nie tylko we wspomnieniach. Widzę jej oczy, kiedy popatrzę na Mario. Odziedziczył po niej jej głębokie, zielone oczy i upór - uśmiechnął się - I widzę ją też w tobie. Posiadasz nie tylko jej imię, ale też urodę. Jesteś bardzo podobna do babci. Tak samo delikatna, ale w głębi duszy twarda i odważna.
Staliśmy w milczeniu, łzy nadal nie przestawały mi lecieć.
- Dziadku - przerwałam w końcu ciszę - A czy ... czy ty później myślałeś kiedykolwiek, by być z inną kobietą ? Zacząć nowy związek ?
- Nigdy - powiedział z przekonaniem i bólem w oczach - Prawdziwie kocha się tylko raz ...

KONIEC

~~~~
No i nadszedł ten dzień.
Bardzo byłam związana emocjonalnie z tym blogiem i ciężko będzie mi się z nim rozstać, ale taka jest kolej rzeczy ;c
Bardzo dziękuję każdemu, kto poświęcił swój czas i czytał tego bloga. Dziękuję również za komentarze, bardzo motywowały do dalszego pisania.
Pragnę was w tym miejscu serdecznie zaprosić na moje inne blogi :

piątek, 15 listopada 2013

Rozdział 6 i ostatni.

http://www.youtube.com/watch?v=fSPOCVjla_4

~ 8 miesięcy później ~
*NOELLE*

Termin porodu zbliżał się wielkimi krokami. Koniec mojego czasu również - czułam to i wiedziałam,że przeczucie mnie nie myli. Moja intuicja podpowiadała mi, że nie dane będzie mi nacieszyć się dzieckiem. Powinnam żałować i rozpaczać, ale tak nie było. Już dawno pogodziłam się z tym, że mnie na tym świecie zabraknie, a jedyne, co po mnie pozostanie to właśnie mój syn i miłość, jaką obdarzyłam Marca. Nie płakałam, że nie zobaczę, jak mój synek stawia pierwsze kroki, mówi pierwsze słowa. Jako matka i tak już czułam się spełniona - dałam mu życie,a to chyba najważniejsze, co można dla kogoś zrobić. Miałam tylko jedno pragnienie - marzyłam, by nauczył się mówić słowo "mama" myśląc przy tym, jak bardzo go kochałam i że jestem przy nim, zawsze będę. Nie bałam się śmierci. Byłyśmy starymi przyjaciółkami, które miały się spotkać po długiej rozłące. Czekałam na nią z uśmiechem na ustach. Moje życie było lepsze, niż sobie kiedykolwiek wyobrażałam. Nie żałowałam żadnego momentu, nawet tego, że miałam tak mało czasu dla Marca. To sprawiło, że nasze uczucie było silniejsze. I zaowocowało najpiękniej, jak tylko można było na świecie. Przez te osiem miesięcy udało mi się przygotować Marca na życie " po Noelle". Nie było to łatwe, bo widziałam, jak cierpi. Bałam się, że później będzie jeszcze gorzej. Jednak w końcu przypomniałam mu jego słowa " że lepiej przeżyć dwa lata ze mną, jak całe życie nie znając mnie". Zrozumiał, że nie może być samolubny. Że trzeba się cieszyć tym, co mamy. Że wszystkie przeciwności sprawiają, że jesteśmy silniejsi. Że prawdziwa miłość polega na poświęceniu. W naszym wypadku poświęceniem było pozwolenie mi na odejście. Dotarło do niego w końcu, że rozpaczając sprawi, że będzie mi jeszcze trudniej. To nie tak, że nie było mi smutno,że umieram. Ale ja starałam się o tym nie myśleć, wiedziałam,że jeśli się załamie, to będzie z moim zdrowiem jeszcze gorzej. I Marc wtedy załamie się na pewno. Musiałam być silna za nas oboje. Dla niego i dla dziecka. By mogli później rozpocząć nowe życie.
Ale te osiem miesięcy nie było dla nas sielanką. Nie myślę tu o tym, że musiałam zamieszkać w szpitalu, że bolało tak bardzo, że chwilami chciałam się poddać i krzyczeć bez końca. Leżąc na tej sali powracał mój największy koszmar - zachowanie Marca, kiedy dowiedział się, że zostanie ojcem i co to oznacza dla mnie. Ten strach przed opuszczeniem powracał każdej nocy. Wiedziałam już, że on pokochał to dziecko, ale jednak jego reakcja na zawsze pozostała we mnie. Nie dało się o niej zapomnieć. Zbyt bardzo bolała. Pamiętałam ten dzień, jakby wydarzyło się to dzisiaj.
Wróciłam od lekarza, Marc oglądał powtórkę jakiegoś meczu.
- Możemy porozmawiać ?
- Jasne kochanie. Coś się stało ? - przytulił mnie i posadził na swoich kolanach.
- Nie uwierzysz, ale będziemy rodzicami - wolałam nie owijać w bawełnę.
- Naprawdę ? To cudownie ! - pocałował mnie w czoło - Już je kocham.
Popatrzył mi głęboko w oczy.
- Dlaczego się nie cieszysz ? Noelle co się dzieje ?!
- To była ta dobra wiadomość.
- To jest jeszcze jakaś zła ? - zapytał przerażony.
- Jeśli je urodzę, to nie przeżyję dłużej. Nie będą mnie leczyć. Umrę za dziewięć miesięcy - wyszeptałam.
- Co ? - poderwał się na nogi - To nie możliwe ! Trzeba coś z tym zrobić. Musisz usunąć tę ciążę !
- Nie Marc, nie mogę. Nie zabiję mojego dziecka - powiedziałam chłodno.
Marc krążył po pokoju. Kopnął kilka razy fotel. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak wściekłego. I  zarazem tak zrozpaczonego.
- Nienawidzę tego czegoś ! Odbiera mi ciebie ! Nigdy tego nie pokocham...
Wybiegł z domu. A ja poczułam się, jakby ktoś ugodził mnie nożem prosto w serce. Nigdy nie myślałam, że tak zareaguje. Jego słowa bolały mnie tak bardzo, że nie potrafiłam tego nawet opisać. Łzy spływały mi strumieniami po policzkach. Podjęłam decyzję, że mimo wszystko urodzę to dziecko. Urodzę, choćbym miała być sama, choćby mnie zostawił. Było częścią mnie, dawało mi siłę do walki, teraz, kiedy na polu bitwy pozostałam sama. Nie pozwolę rakowi wygrać. Nie przez te 9 miesięcy.
Wrócił, kiedy się uspokoił. Ale wypowiedziane przez niego słowa wisiały między nami. Nie dało się ich cofnąć. Żyliśmy jak gdyby nic się nie stało, Marc nie potrafił przeprosić. Po jego oczach widziałam, jak zmaga się  z tym wszystkim, jak próbuje to wszystko zrozumieć. Ból, z jakim na mnie patrzył w tamtych dniach, sprawiał, że moje serce łamało się na pół. Cierpiałam, kiedy on cierpiał. A jego świat legł w gruzach. Czas, który został nam dany, właśnie skrócił się o połowę. On nie dostrzegał pozytywnego aspektu tej sytuacji. Widział tylko to, co sprawiało mu ból. Chciałam walczyć z nim o nasze dziecko, ale nie potrafiłam. Bo jak można walczyć z kimś, kogo się tak mocno kocha ? W tamtym czasie żyliśmy w ogromnym napięciu, żadne z nas nie potrafiło wyciągnąć ręki go drugiego. Marc często wychodził i wracał upity. Nie miałam siły, by go za to strofować. W pewnym sensie go rozumiałam - był wściekły, bo mnie tracił,a przecież obiecałam mu te dwa lata. Pomógł nam ktoś, kogo nigdy bym się nie spodziewała - Cristian Tello. Niby powinien się cieszyć, że odzyskał najlepszego przyjaciela i ma z kim pić, ale po naszym ślubie on się zmienił. Nie mógł patrzeć, jak ranimy siebie nawzajem i niszczymy czas, jaki nam pozostał. Cristian zrozumiał w końcu, czym jest miłość. Nie potrafił patrzeć, jak jego najlepszy przyjaciel odrzuca kogoś, na kim mu najbardziej zależy.. Wiedział, że Marc będzie potem tego żałował. Potem, czyli wtedy, kiedy zostanie sam. Sam z kimś, kogo nienawidził. Tello musiał to zmienić. I mu się udało. Nie wiem, jakich czarów użył, ale mu się udało.
Marc wrócił do domu z kwiatami. Byłam akurat w kuchni. Upadł przede mną na kolana i objął rękami mój brzuch. Odsłonił koszulkę i złożył na nim delikatny pocałunek.

- Tak bardzo cię przepraszam, groszku. Noelle, byłem idiotą, ale w końcu zrozumiałem, jak bardzo cię zraniłem. Przepraszam cię - miał łzy w oczach - Nie zasługuję na ciebie. Nie rozumiem, dlaczego jeszcze ze mną jesteś, tak bardzo cię skrzywdziłem. Was skrzywdziłem, ciebie i moje dziecko.
Podniosłam go z kolan i chwyciłam jego twarz w dłonie.
- Kocham cię, dlatego jestem z tobą. Jedna chwila smutku i kłótni tego nie zmieni. Jesteś dobrym człowiekiem i wiedziałam,że w końcu zrozumiesz.
- Nie zasługuję na ciebie. W głębi duszy wiedziałem,że źle robię i że was kocham, ale nie potrafiłem tego powiedzieć na głos. Dopiero Cristian uświadomił mi, jak wiele mogę stracić przez moje zachowanie. 
- Marc, popatrz na mnie. Zasługujesz na mnie, bo cię kocham - dodałam po chwili z uśmiechem - Dobrze,że Tello tak zmądrzał ostatnio, zastąpi małemu matkę.
- Noelle, nie żartuj sobie z takich rzeczy.
- Nie śmiałabym. Przytul mnie, tak bardzo mi ciebie brakowało.
Objął mnie mocno. Jego ramiona były dla mnie najprzyjemniejszym miejscem na świecie. Byłam gotowa go opuścić, teraz, kiedy poznałam ich smak.

*MARC*

- Jak to już ?! Chcę być przy niej ! - krzyczałem na jedną z pielęgniarek.
- Proszę się uspokoić panie Bartra, to jest szpital, a nie boisko, by mógł pan tak krzyczeć - kobieta spojrzała na mnie chłodno - Niestety nie może pan tam wejść.
- Ale dlaczego ? To moja żona i rodzi moje dziecko !
- Ale pana żona jest też chora i musi przebywać w sterylnych warunkach bez kontaktu z obiektami z zewnątrz. Tak panie Bartra, mówię o panu.
Kopnąłem krzesło stojące obok. Mówiłem już, że mam problemy z opanowywaniem swojej złości ?
- Proszę się uspokoić, bo zaraz zawołam ochroniarza i w ogóle nie zobaczy pan syna.
Zatrzymałem nogę w połowie drogi do krzesła i zamiast go kopać usiadłem na nim.
- No tak lepiej. Proszę być dobrej myśli - uśmiechnęła się do mnie.
Nie wiem , jak długo tak czekałem. Jak dla mnie była to wieczność. Wieczność, w której przez głowę przebiegały mi sceny, gdzie lekarz przychodził i mówił mi, że to koniec. A ja nawet się nie pożegnałem.
Moje obawy spełniły się. W moją stronę szedł lekarz w białym kitlu i kobieta, która zajmowała się Noelle od początku jej choroby. Zerwałem się na równe nogi.
- I jak ?!
Oboje spojrzeli na mnie smutno. Nie nie nie !! To nie mogła być prawda.
- Dziecko jest zdrowe.
- A Noelle ?
- To już jej czas, proszę iść i się pożegnać...
- To już naprawdę ... ? - nie potrafiłem powiedzieć tego na głos.
Pokiwali głowami. Odwróciłem się i otarłem z policzka pojedyncze łzy. Musiałem być silny - dla niej. Chociaż to byłem jej winny, za tę jej siłę, jaką miała przez cały nasz związek.
Wszedłem do jej sali. Leżała tuląc do siebie małe zawiniątko - mojego syna. Przypadłem do niej i pocałowałem ją w czoło.
- Czy to .. ? - spojrzałem na nią,a ona uśmiechnęła się do mnie.
- Tak, to nasz syn, Mario. Jest taki podobny do ciebie. To dobrze, będzie taki odważny i waleczny jak tata. Zajdzie daleko - powiedziała z trudem.
Oddała mi go, a ja włożyłem do łóżeczka stojącego obok. Chwyciłem ją za rękę.
- Noelle...
- Wiem Marc,nie musisz nic mówić - pocałowała mnie - Kocham cię tak mocno. Byłeś najlepszym, co przytrafiło mi się w życiu. Zawsze bałam się tego momentu, ale dzięki tobie nauczyłam się, co to siła i odwaga. Już się nie boję. Dziękuję ci za wszystko. Teraz mogę odejść. Pamiętaj, że zawsze cię kochałam i będę kochać. Przekaż Mario, że był dla mnie jedną z dwóch najważniejszych osób na świecie. Marc - wyszeptała po raz ostatni i złożyła głowę na moich kolanach.
Gładziłem ją po włosach i szeptałem jej imię, mimo że wiedziałem, że już nie może mnie usłyszeć. Po moich policzkach płynęły łzy. Zawszę będę ją kochać ....



~~~~
No i mamy ostatni rozdział. Nie planowałam dodawać go dzisiaj, ale zmusiła mnie sytuacja.
Muszę się szczerze przyznać, że płakałam pisząc te słowa i nie mogłam się opanować. Cały ten blog był prowadzony właśnie dla tego jednego rozdziału. Jestem z niego bardzo zadowolona. Nigdy nie myślałam, że będę potrafiła napisać coś, co sprawi, że nie będę mogła powstrzymać łez. A jednak tak się stało i jestem z tego bardzo zadowolona. To znaczy, że jednak nie jestem taką beznadziejną pisarką, za jaką się uważam.
Mam nadzieję, że podczas czytania tego rozdziału targały wami takie same emocje,jak mną. Myślę,że właśnie Wasze łzy będą dla mnie największą nagrodą. Mówi się, że trudno jest rozbawić czytelnika, ale o wiele trudniej jest wywołać u niego łzy. Jeśli mi się to udało, to poczuję się dumna i spełniona, jako autorka tego bloga.
Moja jedyna rada, nie pozbywajcie się chusteczek, bo przydadzą się wam też przy epilogu.

Rozdział 5.

http://www.youtube.com/watch?v=EDEEzS7OV2k


*NOELLE*

Siedziałam na łóżku i czekałam na Marca. Od 30 minut byłam już gotowa na opuszczenie szpitala, wystarczyło tylko, by po mnie przyjechał.Od wczoraj żyłam jak we śnie. Nie docierało do mnie, że to, co się wydarzyło, było prawdą. Tak trudno było mi zrozumieć, że on naprawdę przy mnie jest, że mnie odnalazł - nawet jeśli tylko przypadkiem. Cały czas nie opuszczała mnie obawa, że on zniknie tak, jak zniknęło moje szczęście w chwili, gdy dowiedziałam się, że jednak mam przerzuty i niedługo umrę. Dwa lata to dla mnie niedługo.  No bo co to jest w porównaniu z parami, które mają przed sobą całe życie ? Można powiedzieć, że nic. Ale z drugiej strony to "nic" było dla mnie wszystkim. Chciałam wykorzystać je w 200%. Tak, abym umierając była pogodzona z tym, że zostawiam Marca. Tak bardzo go kochałam. Nie potrafiłam opisać siły mojego uczucia. Byłam gotowa spędzić te dwa lata bez niego, byleby tylko uchronić go od cierpienia. A Marc wszystko zepsuł. Kochał mnie jeszcze bardziej niż ja jego. Był gotowy poświęcić się dla mnie. Nie obchodziło go to, że umieram, że nasz czas jest policzony. Liczyło się tu i teraz, że byliśmy razem. To nie tak, że do niego nie dotarło, że mamy dwa lata. On był tego całkowicie świadom i nie zmieniło to jego uczuć. Nadal mnie kochał i nie chciał się ze mną rozstawać. Przez te dwa miesiące uważałam, że nie będąc z nim robię dobrze. Dopiero kiedy na nowo zobaczyłam Marca przy mnie zrozumiałam,że tylko go raniłam, że widok umierającej mnie sprawi mu mniej bólu, jak fakt, że nie ma go ze mną. Nie mogłam mu niczego zabronić. Próbowałam. I wyszło jak wyszło - obojgu nam było źle. Teraz trzeba się było skupić na życiu, które nam pozostało.
- Gotowa ? - Marc wszedł na salę i pocałował mnie na powitanie.
Kiwnęłam głową i wtuliłam się w niego. W jego ramionach czułam, ze nic złego nie może mi się stać.
- Uśmiechnij się. Jak możesz być smutna opuszczając szpital ?
- Bo wiem, że tu wrócę.
- Kochanie, nie myśl o tym teraz. Jesteś ze mną i wracamy do domu.
- Do domu - wyszeptałam z uśmiechem. 
Niby to tylko budynek, ale znaczył dla mnie tak wiele. Wiązało się z nim tyle pięknych wspomnień. Spędziłam w nim tylko kilka miesięcy, ale wystarczyły one, by stał się on dla mnie drugim miejscem, po ramionach Marca, gdzie czułam się bezpiecznie.

Marc otworzył drzwi od mieszkania i od razu przywitała mnie radośnie szczekająca Nina. Tak bardzo kochałam tego psa. Była szczęśliwą kulką w moim życiu. Przytuliłam ją mocno i po raz kolejny pomyślałam o moim życiu. Było niesprawiedliwe, ale udało mi się już jakoś z tym pogodzić. Teraz pozostał tylko żal, że mnie już nie będzie, a wszyscy inni będą trwać dalej.
Marc zdążył już zanieść moje walizki do pokoju, a ja nadal siedziałam w przedpokoju z Niną na rękach.
- Chodź do kuchni - Marc pociągnął mnie za sobą.
Poczułam przepiękny zapach kwiatów. Na stole czekał przygotowany obiad.
- Marc co to wszystko znaczy ?
Spojrzał na mnie z miłością. Wyjął z kieszeni jakieś pudełeczko i klęknął przede mną. Nie wiedziałam, co się dzieje.
- O co w tym wszystkim chodzi ?
- Noelle, tak bardzo cię kocham. Wyjdziesz za mnie ?
Zamarłam, chyba się przesłyszałam. To nie mogła być prawda. Jak on mógł być tak głupi ? Czy nie widział, że ja umieram ?
- Ale... ale my nie mamy nieokreślonego czasu. Za dwa lata już mnie tu nie będzie. Nie mogę tak ci rujnować życia.
- Zrujnujesz mi je, jeśli się nie zgodzisz. Kocham cię i nie obchodzi mnie, że nie mamy czasu. Chcę, byś była moją żoną, bo to da mi pewność, że nie będziesz chciała mnie chronić tak, jak ostatnio. Wolę przeżyć dwa lata z tobą, niż całe życie nie znając ciebie - zamilkł na chwilę - A poza tym zawsze mi mówiono, że skoro dwoje dorosłych ludzi się kocha, to następnym krokiem jest ślub. Nie jest aby tak ? - spojrzał na mnie z nadzieją.
Miałam łzy w oczach. Niczego bardziej nie pragnęłam, jak się zgodzić. Ale to równało się z rujnowaniem mu życia. Ale z drugiej strony przecież sam tego chciał ? Patrzył na mnie błagalnie. Rozpierająca mnie milość do niego przezwyciężyła obawy.
- Dobrze, wyjdę za ciebie.
Na jego twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Założył mi pierścionek na palec i wziął w ramiona. Pocałowałam go czule. Wokół nas szczekając biegała Nina. Nawet ona wyczuła, że dzieje się coś dobrego.

*MARC*

Postanowiliśmy wziąć ślub kościelny. Przygotowania trwały niecały tydzień. Noelle spędziła go z Anną i innymi WAGs na poszukiwaniach idealnej sukienki i robieniu się na bóstwo. Przez ten czas bardzo zaprzyjaźniła się z partnerkami moich kolegów, które bardzo cieszyły się z mojego szczęścia. Nie mogę tego samego powiedzieć o chłopakach z drużyny. Nie rozumieli, że w wieku dwudziestu czterech lat chcę się ożenić. Długo musialem ich przekonywać, że robię to z miłości. Dopiero gdy dowiedzieli się o chorobie Noelle, dotarło do nich, jak bardzo ona jest dla mnie ważna. Od tej chwili mogłem liczyć na ich wsparcie,kiedy tylko miałem go potrzebować. Głównie Tello mi pomógł, choć on miał dziwne wyobrażenie pomocy. Zabrał mnie na mocno zakrapiany wieczór kawalerski. Noelle, gdy mnie potem zobaczyła, nie powiedziała ani słowa, tylko od razu podała mi szklankę wody i zaprowadziła do łóżka - kochana moja.
Wraz z jej powrotem powróciła do mnie wola walki. Na nowo wychodziłem na boisko z ogromną wolą walki i pragnieniem, by nie ponieść porażki. Chciałem, by Noelle była ze mnie dumna i by wiedziała, że robię to wszystko dla niej. Trener z prezesem już nie mieli powodów, by wzywać mnie na dywanik. No chyba że Tello znowu coś odwali. Ale ostatnio był bardzo spokojny. Zdecydował się na rozstanie z Loreną. Zrozumiał, że pragnienia fizyczne nie są najważniejsze. Kiedy spytałem go, dlaczego to zrobił, odpowiedział po prostu : " Zrozumiałem, co to miłość, a między mną a Loreną tego nie było ". Cristian nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. 
Wszyscy pytali mnie, czy mam jakieś wątpliwości co do tego, czy dobrze robię. Nie miałem, byłem pewny na milion procent, że tego chcę. Kochałem ją najmocniej na świecie. Nie wyobrażałem sobie życia bez niej. Oczywiście wiedziałem, że kiedyś przyjdzie taki czas, ale teraz o tym nie myślałem. Liczył się tylko czas spędzony z Noelle. Chciałem go wykorzystać jak najmocniej. Pokazać Noelle, że jest dla mnie najważniejsza.
Dzisiaj był ten dzień - najważniejszy dla nas dwojga. Czułe się jeszcze bardziej pewny tego, co czuję, jak jeszcze nigdy. Umówiliśmy się, że spotkamy się dopiero w kościele. Dlatego też czekałem teraz na moją ukochaną stojąc razem z Tello przed ołtarzem.
W momencie, w którym ją ujrzałem, zatrzymał mi się oddech w piersiach. Była taka piękna. Patrzyła na mnie z taką miłością w oczach, że jedyne, co chciałem zrobić, to wziąć ją w ramiona i nigdy nie wypuścić.

- Ja, Marc Bartra, biorę sobie ciebie, Noelle Lopez, za żonę i ślubuję miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Bóg.
- Ja, Noelle Lopez, biorę sobie ciebie, Marcu Bartra, za męża i ślubuję miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz - głos się jej załamał - że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Bóg.
Spojrzałem na nią z uczuciem chcąc dodać jej otuchy. Dla mnie nie było ważne, jaki czas dzieli nas od tego " aż do śmierci ". Liczyło się, że jesteśmy razem.
- Noelle, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności.
Usmiechneła się do mnie radośnie. Była silna i razem damy radę. Popatrzyła mi głęboko w oczy.
- Marc, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności.
Od tej chwili była moją żoną. Nie potrafię opisać, jak bardzo byłem szczęśliwy. Kiedyś myślałem, że szczytem szczęścia było dla mnie to, jak czułem się gdy wygraliśmy Euro U21 w 2013 roku. Dzisiaj te emocje były zwiększone tysiąckrotnie. Od tej chwili miałem spędzić życie z kimś, kto sprawił, że czuję się kompletny. Byłem częścią jej życia, miałem dzielić z nią smutki i wszystkie przyjemne chwile. Razem na dobre i na złe. Nie mogła mnie zostawić tak, jak to zrobiła wcześniej.

***

Impreza weselna trwała już w najlepsze od kilku godzin. Większość ludzi, czyli moi przyjaciele z drużyny, była już tak pijana, że siły miała tylko na siedzenie przy stole. Noelle z dziewczynami siedziała w grupce i zaśmiewały się z Tello, który biegał dookoła sali z Lią na rękach. Niby był opiekuńczy i "cudowny", jak to krzyczała Daniella, ale ja znałem mojego przyjaciela i wiedziałem,że coś knuje. Jego mina aniołka była tylko przykrywką.
Nagle Cristian postawił małą na ziemi i ukląkł przed nią.
- Lia, uczynisz mi ten zaszczyt i zgodzisz się wyjść za mnie ? - dobiegł mnie jego głos.
Niczego nieświadoma dziewczynka objęła go ramionami za głowę i przytuliła mocno. Tello podniósł ją zaczął pokrzykiwać :
- Ludzie ja się żenię !
Cesc poderwał się z miejsca i podbiegł do Cristiana. Wyrwał mu małą z rąk i zaniósł Danielli.
- Czy możesz mi wytłumaczyć, co ci odwaliło ? - Cesc ryknął na Tello.
Weselna atmosfera powoli zaczynała się ulatniać.
- No bo ja jestem taki samotny. Chciałem takiego szczęścia, ja ma Marc - tłumaczył się - No a takie, to tylko z kobietą, która mnie nie zostawi. Twoja córka to idealna kandydatka. No i już się zgodziła.
- Ale ona ma dwa lata !
- Właśnie dlatego będzie przy mnie.
- Czy tobie tak trudno zrozumieć, że ona nie rozumie, co się wydarzyło ?
- No ale...
- Żadnych ale - Cesc uciął rozmowę - nie zbliżaj się więcej do mojej córki, pedofilu ty !
Cristian spuścił głowę. Żal mi się go zrobiło. To nie jego wina, że był samotny, a jego ostatni związek z Loreną nie wypalił. Każdy zasługuje na miłość.
- No to może trochę potańczymy ? Ja zaśpiewam - Shakira wstała i ruszyła po mikrofon.
Wszyscy ruszyli w jej ślady. Parkiet po chwili zapełnił się tańczącymi parami. Chciałem poprosić Noelle, ale ubiegł mnie Gerard. No trudno, będę ją miał dla siebie później. Antonella wstała i podała swojego syna Cristianowi, który siedział najbliżej, po czym poszła zatańczyć ze swoim partnerem. W oczach Tello pojawił się dziwny błysk. Znałem tę jego minę i nie wróżyła niczego dobrego. Cristian rozejrzał się wkoło i ujrzał Milana chodzącego przy stole i ściągającego sztućce. Uśmiechnął się do siebie, przerzucił Thiago przez ramię, wziął Milana za rękę i skierował się do wyjścia.
Musiałem go zatrzymać zanim zrobi coś głupiego. Ruszyłem za nimi, ale na środku parkietu zatrzymał mnie Dani wirujący z Thaissą. Kiedy już udało mi się ich wyminąć wpadłem do holu i rozejrzałem się. Ani śladu mojego przyjaciela i dzieci. Co on znowu wymyślił ?
- Przepraszam, nie widziała pani dwóch małych chłopców ? - zapytałem recepcjonistki.
- Jest pan pewien, że wszystko z panem w porządku, panie Bartra ? - odpowiedziała pytaniem.
- Tak ! - krzyknąłem sfrustrowany - Byli z Cristianem Tello.
- Nie widziałam ich, przykro mi. Ale wydaje mi się, że słyszałam słowa typu "wujek Tello" dochodzące z holu.
Pobiegłem we wskazanym kierunku i na oślep zacząłem otwierać drzwi. W męskiej toalecie doznałem szoku. Był w niej Tello, Milan w ubraniach Thiago i rozebrany syn Messiego.
- Boże co ty wyprawiasz ?
- Zamknij drzwi. Dziękuję. Byłbym również wdzięczny jakbyś się nie darł, bo wszyscy usłyszą.
- Co ty robisz ? - spytałem ponownie.
- Podmieniam dzieci. Mówiłem ci kiedyś, że chcę to zrobić, a dzisiaj jest idealna okazja.
- Bo ? - skrzyżowałem ręce.
- Pomóż mi ubrać Thiago - wydyszał - Bo Messi i Pique są tak nawaleni, że zwalimy to na nich.
- Ty jesteś chory psychicznie - zaśmiałem się - ale z drugiej strony genialny.
Jego plan naprawdę miał szanse się powieść.
- Wiem, że jestem cudowny. A teraz pomóż mi i zanieś Milana.
- Nie ma mowy.
- Ten jeden ostatni raz - spojrzał na mnie błagalnie - Później już będziesz mógł być poważnym mężem.
- No dobra. Ale to jest ostatni raz.
Wziąłem Milana na ręce i wróciłem na salę. Od razu podszedł do mnie Messi.
- O dzięki za opiekę nad synem. Wybacz, że zniknę, ale on nie najlepiej wygląda. Pojadę go położyć spać w domu. Cześć.
Pomachał wszystkim, wziął Milana na ręce i opuścił hotel. A ja po prostu stałem i próbowałem uwierzyć, że Cristian miał rację. Oni byli tak nawaleni, że jego plan mógł się powieść. Cristian pokazał mi uniesiony kciuk, a ja tylko pokręciłem głową. Odnalazłem Noelle i poprosiłem ją do tańca. Musiałem spędzić trochę czasu z kimś normalnym. Byliśmy w trakcie czwartego wolnego, kiedy usłyszeliśmy krzyki.
- Gerardzie Pique gdzie jest nasz syn ?!
- No przecież Sergi trzyma go na rękach.
- Nie, on trzyma syna Messiego. Ja się pytam gdzie jest MÓJ syn ? - piosenkarka dygotała ze złości.
- No u Roberto - Gerard westchnął - Czy ty własnego dziecka nie rozpoznajesz ?
- No właśnie ty masz z tym problem !
- Wcale nie. Popatrz, mały ma te same spodenki i sweterek, co Milanek - powiedział pewny siebie, a ja tylko pokręciłem głową.
- Ej stary, ale to jest Thiago, Shak ma rację - powiedział Sergi.
- No widzisz ? - powiedziała triumfalnie - W takim razie gdzie jest mój synek ? Miałeś go pilnować, kiedy śpiewałam. 
- Ale ja wtedy tańczyłem - oburzył się.
- Nie dość, że wielki, to jeszcze głupi - westchnęła piosenkarka - szukaj syna albo możesz do domu nie wracać.
-Uuu, Geri, nie będzie waka waka dzisiaj - zaśmiał się Fabregas.
- Siedź cicho Cesc, bo nie jesteś lepszy, pijaku jeden. Ty dzisiaj córkę zostawiłeś samą i już się z Tello zaręczyła - warknęła Shakira.
- Ej Shaki ? - odezwała się Noelle - Widziałam, jak Leo wychodził z jakimś dzieckiem stąd.
- Navasie - piosenkarka złapała się za głowę - Pique pakuj się do samochodu i jedziemy po syna. A waka waka nie zobaczysz do końca sezonu.
Cała sala ryknęła śmiechem na widok udręczonej miny Gerarda. Biedny chłopak. Poszukałem wzrokiem Cristiana - pękał ze śmiechu siedząc przy stole w kącie sali. Fakt - ten numer mu się dzisiaj udał. Wątpię, by kiedykolwiek miał ponieść konsekwencje. Przytuliłem Noelle i cieszyłem się z wesela...

*NOELLE*

Od kilku dni czułam się dosyć dziwnie. Bałam się, że mój stan się pogorszył. W tajemnicy przed Marciem pojechałam wczoraj do szpitala zrobić badania. Dzisiaj miałam umówioną wizytę u mojej lekarki, by omówić wyniki.
Siedziałam pod gabinetem i czekałam, jak mnie zawoła do środka. Przez moją głowę przewijały się kolejne scenariusze, każdy gorszy od poprzedniego. Moja intuicja podpowiadała mi, że mój czas się zbliża.  Czułam, że pozostało mi mniej niż dwa lata.
- Noelle wejdź kochanie - z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej lekarki.
- Jak moje wyniki ? - zapytałam, gdy tylko usiadłam na krześle.
- Noelle, ja nie wiem, jak to się stało ...
- Mam jeszcze mniej czasu niż przypuszczałyśmy ?
- Nie, tak, nie - lekarka nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Niech się pani zdecyduje. 
- Powiem tak - westchnęła - Jesteś w ciąży. Nie wiem jakim cudem się to udało przy tych wszystkich lekach, które bierzesz. Ale nie martw się, usuniesz to dziecko i nie będzie problemu. Powrócimy do leczenia i zostaną ci te dwa lata życia, może nawet dwa i pół.
Jak to ?! Byłam w ciąży ? Poczułam się taka szczęśliwa. Pogładziłam się po brzuchu. Gdzieś tam był mój synek, ktoś zrodzony z miłości mojej i Marca. To dziecko było częścią mnie, pokochałam je w chwili, gdy tylko o nim usłyszałam. W głębi duszy już chyba wcześniej przeczuwałam jego istnienie. A teraz ktoś chciał mi je odebrać. Nie mogłam na to pozwolić.
- Nie ! - krzyknęłam.
- Noelle co się dzieje ? - lekarka spojrzała na mnie przerażona.
- Nie pozwalam ! - odsunęłam się pod drzwi, kiedy chciała do mnie podejść - Nie się pani do mnie nie zbliża ! Nie pozwolę zabić mojego dziecka !
- Noelle usiądź i uspokój się. Przemyśl to.
- Już wszystko przemyślałam. Urodzę to dziecko, z pani pomocą lub bez.
- Ale zastanów się, kiedy będziesz w ciąży, nie będziemy mogli cię leczyć. Czas twojego życia skróci się.
Jak ona mogła myśleć, że będę w stanie zabić mojego synka ?!
- Pomyśl o Marcu, Noelle. Skracasz czas, jaki spędzicie razem.
- Ale pozostawię po sobie kogoś niesamowitego. Kocham go i już wygrała, nawet jeśli pozostanie nam tylko dziewięć miesięcy.
- Jesteś tego pewna ?
Wzięłam głęboki oddech. Tak, byłam tego pewna tak samo mocno jak tego, ze kocham Marca.
- Tak. Urodzę to dziecko.





~~~~~
CZYTASZ = KOMENTUJESZ 

No to mamy już przedostatni rozdział. Mam nadzieję, że wam się podobało.
W tym miejscu chciałabym złożyć najserdeczniejsze, największe, najlepsze życzenia urodzinowe dla mojej kochanej, cudownej, najlepszej, najukochańszej Justyny <3 
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO STARA DUPO !! <3

niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział 4.

http://www.youtube.com/watch?v=FC5EngtpTHo


~ 2 miesiące później ~
*MARC*

- Co się z tobą ostatnio dzieje ? – Sandro Rosell wrzeszczał na mnie, a trener patrzył ze smutkiem – Wytłumacz mi, dlaczego ostatnio zapomniałeś jak się gra ?
- Nie mam zielonego pojęcia – powiedziałem po chwili. 
Siedziałem w gabinecie Rosella już od dwudziestu minut. On od tych dwudziestu minut zadawał mi pytania, a ja tyle samo razy odpowiadałem, że nie wiem. Lepsze było kłamstwo, niż przyznanie się do tego, że cierpię, bo Noelle zostawiła mnie dwa miesiące temu.  Tak, to były już dwa cholernie długie miesiące bez niej, bez jej uśmiechu, dotyku, zapachu, głosu. Nie mam pojęcia, jak udało mi się to przetrwać.
- Marc ! Marc ! Jesteś tu ? – usłyszałem głos trenera.
- Co ? A tak, przepraszam.
- Odpowiedz prezesowi na pytanie.
-A jakie ono było ?
- Dlaczego przegraliśmy ostatni mecz ? – powtórzył, czerwony już na twarzy, Rosell.
- Ponieważ nie zagrałem jak zawodnik Barcelony.
- To prawda. Miałeś zastąpić Gerarda w trakcie jego kontuzji, a zagrałeś na takim poziomie, że nawet dwunastolatek z La Masii poradziłby sobie lepiej.
Jego słowa bolały, ale wiedziałem, że ma rację.
- Przepraszam.
- I co nam po twoim przepraszam, skoro straciliśmy punkty i Real może nam odebrać zwycięstwo w Primera Division ?! – Sandro Rosell wstał zza biurka i opuścił gabinet trzaskając drzwiami.
- Ja naprawdę przepraszam, ale … - zwróciłem się do trenera, ale ten mi przerwał.
- Nie przepraszaj, ale weź się do pracy. Inaczej będę musiał cię posadzić na ławce.  A to będzie złe zarówno dla ciebie, jak i dla drużyny. Ja rozumiem, że zostawiła cię dziewczyna, ale czas wziąć się w garść, to było dwa miesiące temu – próbowałem zaprotestować, ale nie dał mi dojść do słowa – Jutro na treningu chcę zobaczyć dawnego Bartrę. Tego charyzmatycznego i walecznego chłopaka, który był w mojej drużynie zanim jeszcze poznał tę dziewczynę, która zniszczyła mu życie. Zrozumiano ?
Pokiwałem głową.
- Nie powiedziałbym, że zniszczyła mi życie.
- Marc, jeśli chcesz zapomnieć, to musisz przestać o niej mówić, a najlepiej w ogóle myśleć.
- A co jeśli ja nie chcę o niej zapomnieć ?
Od odpowiedzi wybawił trenera wracający prezes. Na szczęście już się uspokoił. Ale nie był sam, towarzyszył mu Tello.
- Co ty tutaj robisz ? – popatrzyłem na przyjaciela.
- Też chciałbym to wiedzieć. Ja nic …
- Tak wiemy, ty nic złego nie zrobiłeś – przerwał mu Rosell – mój samochód sam obkleił się naklejkami Realu, co ?!
Cristian zaczerwienił się. Spojrzałem na niego z dezaprobatą. Ten chłopak w końcu tak wkurzy prezesa, że ten się go pozbędzie z klubu, byle by tylko nie mieć więcej kłopotów.
- To nie jest tematem rozmowy Sandro – próbował załagodzić sytuację trener, a mi od razu przypomniała się scena z tego gabinetu sprzed ośmiu miesięcy – Powiedzmy im, po co ich tu wezwaliśmy.
- No dobrze – westchnął Rosell, ale pogroził palcem Tello – jeszcze wrócimy do tej rozmowy.
 - Pamiętacie tę akcję „Mes que un club” ze szpitalami ?
- Jej nie da się zapomnieć – mruknąłem. 
To właśnie wtedy poznałem Noelle. Cristian zobaczył, że nie wyglądam za dobrze, więc odezwał się :
- Tak. Co z nią ?
- Wszyscy już odwiedzili chorych, więc zaczynamy od nowa. A to oznacza, że wypadła wasza kolej – powiedział prezes.
- Dobrze by było, jakbyście poszli tam już dzisiaj – dodał Tata.
Poczułem się, jakbym oberwał obuchem w brzuch. To było niemożliwe ! W życiu nie wrócę do tego szpitala. Zbyt wiele wspomnień się z nim wiązało.
- Dobrze, pójdziemy – usłyszałem potulny głos mojego przyjaciela.
- Nigdzie nie idę ! – wykrzyknąłem.
- Marc co ty wyprawiasz ? – Tello spojrzał na mnie zdziwiony.
- To, że ty chcesz odpokutować tym swoje grzechy, nie znaczy, że pójdę z tam z tobą.
- Ty też musisz co nieco odpokutować Bartra – prezes wściekle spojrzał na mnie.
- Nie ma mowy ! – zerwałem się z miejsca.
- Siadaj – głos trenera posadził mnie na krześle – Posłuchaj mnie uważnie. Ten klub to nie przedszkole, to nie jest miejsce, gdzie będziesz pokazywał swoje fochy, a my poklepiemy cię po plecach i powiemy, że jesteś cudowny. Zawaliłeś ostatnio i to twoja jedyna okazja, by to wszystko naprawić. Więc pójdziesz do tego szpitala i z uśmiechem na ustach będziesz odwiedzał chorych.  A co do jutra, to wiesz, co masz zrobić. Miłej zabawy.
Wyszedłem z gabinetu prezesa bez słowa i kopnąłem kilka razy najbliższe krzesło. Zwiniętą pięścią uderzyłem w ścianę. Szykowałem się do kolejnego uderzenia, ale czyjaś ręka mnie powstrzymała.
- Stary opanuj się – Tello patrzył na mnie z przerażeniem.
- Nie potrafię.
Nie potrafiłem już tłumić emocji w sobie. Zbyt długo już to robiłem. Usiadłem na zmaltretowanym przeze mnie wcześniej krześle i schowałem głowę w dłoniach. Chciało mi się płakać, ale nie mogłem rozklejać się przy Tello. Nie dałby mi o tym zapomnieć.
- Ej, co jest ? – poczułem, jak pocieszająco klepie mnie po plechach.
- Nie pojadę tam. Nie dam rady.
- Ale dlaczego ?
- Pamiętasz, jak byliśmy tam za pierwszym razem i wyszedłeś po godzinie ?
- No tak.
- No to później na oddziale onkologii spotkałem Noelle.
- Nie wiedziałem – spojrzał na mnie ze smutkiem.
- Nie wrócę tam. Zbyt wiele wspomnień wiąże się z tym szpitalem. Już i tak jest mi ciężko bez tego. Osiem miesięcy temu ją poznałem, to taka ładna rocznica. Rocznica, która niestety nic nie znaczy, bo ona mnie zostawiła. I co ? I ja teraz mam wejść na nowo do tego szpitala i pozwolić, by wszystkie te wspomnienia chwil z nią wróciły ? Już bym wolał, by mi otwarte rany solą zasypali, mniej by bolało.
- Marc, musisz przestać się załamywać. Musisz o niej zapomnieć. 
- Ale ja nie potrafię. Wszystko mi o niej przypomina, nawet głupia reklama herbaty w telewizji, z której Noelle tak się śmiała.
- Ja rozumiem, że to trudne, ale rozpamiętywanie przeszłości poza bólem nic więcej ci nie da.
Spojrzałem na mojego przyjaciela, jakbym widział go po raz pierwszy w życiu. Cristian Tello i mądre słowa ? To tak jakby Leo Messi powiedział, że chce przejść do Realu Madryt – coś, co miało się nigdy nie wydarzyć. Wiem, że Cristian mówił z sensem, ale nie potrafiłem się przekonać do jego słów.
 - I co ? Mam nagle zapomnieć o tym, że ją kochałem ? O uczuciu, które nas łączyło ?
- Ja wiem, że to nie jest proste, ale żeby ruszyć dalej musisz zapomnieć.
- A ty kiedy zapomnisz ?
- O czym ?
- O tej, która niszczy ci życie. Kiedy ją zostawisz ?
- Nie rozmawiamy teraz o mnie – mruknął, a po chwili dodał – Niedługo.
Jedyne, na co miałem ochotę, to wrócić do domu, usiąść w fotelu z piwem i obejrzeć zdjęcia z Noelle, jakie pozostały mi w telefonie.
- O nie, znam tę minę – Tello spojrzał na mnie – nie będziesz dzisiaj pił. Idziemy do szpitala.
- Ale ja nie chcę.
- Nic mnie to nie obchodzi. Czas przestać zachowywać się jak porzucona panienka i zmężnieć trochę. Koniec rozpamiętywania i płakania po nocach. Zaczynasz nowe życie, w którym zapomnisz o Noelle i będziesz znowu taki, jak kiedyś. Okej ?
Patrzyłem na mojego przyjaciela przez chwilę. On musiał się naprawdę o mnie martwić, skoro pokazał, że ma mózg.  Tak się dla mnie poświęcił, że musiałem się zgodzić. Musiałem powrócić do normalnego życia. Dla niego, dla trenera, dla klubu i w końcu, dla siebie. Mimo że miało mnie to bardzo boleć.
- Okej, spróbuję – uśmiechnąłem się do niego.
- Super ! –Tello  objął mnie ramieniem – No i teraz to ja będę mógł wykonać żart stulecia.
- Cristian, co ty znowu wymyśliłeś ? – spojrzałem na niego przerażony.
- Coś o wiele lepszego niż zabranie ciuchów dziewczynom, podmienienie szamponu Puyola, obklejenie samochodu Rosella i dodanie papryki do energetyka Alvesa.
- No ja sobie wyobrażam, ale co to za pomysł ?!
- Słuchaj – zaczął szeptać, żeby nikt nie podsłuchał tego, co mówi – Umówimy się z Leo i Gerardem w parku czy gdzieś tam na łonie natury. Poprosimy, by wzięli ze sobą dzieci. Upijemy ich i odwożąc do domu podmienimy im synów. Wyobrażasz sobie, jak wkurzona będzie Shakira, jak zobaczy Thiago w domu, a Antonella Milana ?
Cristian uśmiechał się dumnie.
- Czy tobie już kompletnie na mózg padło ?! – wykrzyknąłem – A nie, zapomniałem, że ty go w ogóle nie masz.  Nawet nie licz, że ci w tym pomogę !
- Zobaczymy stary – powiedział pewnie i pociągnął mnie do samochodu.

***

- Nie, jednak nie dam rady – powiedziałem patrząc na szpital.
- Tchórzysz ? – Tello zaczął gdakać jak kurczak.
- Przestań, ludzie się patrzą.
Cristian nie przestawał. Nie potrafiłem przełamać się i wejść tam. Wiem, że obiecałem przyjacielowi, ale straciłem całą odwagę.  Zachowanie Tello zaczęło mnie denerwować. Nie pozwolę się ośmieszać. Zacisnąłem zęby i pchnąłem drzwi.
- Brawo, jestem dumny. Dostaniesz kredki w nagrodę, kiedy tylko stąd wyjdziemy.
- Spadaj – nawet na niego nie spojrzałem.
- Dzień dobry, zapraszam za mną – powiedziała lekarka stojąca w holu – Dzisiaj czekają na państwa chorzy na oddziale dziecięcym.
Skinęła na nas ręką. Poszliśmy za nią do windy. Wcisnęła przycisk czwartego piętra. Jechaliśmy w ciszy, jeśli pominie się cmokającego Cristiana, który próbował podwinąć sobie rękawy swetra, ale mu to nie wychodziło, bo cały czas było nierówno.
- Co ty robisz ? – popatrzyłem na niego.
- Próbuję jakoś się ubrać i wyglądać normalnie. Tam czekają moi fani – powiedział przejęty.
- Zdejmij go i pokaż mięśnie, to spodobasz się bardziej.
- To jest myśl – Cristian był wyraźnie zadowolony.
Lekarka parsknęła śmiechem i wyprowadziła nas z windy. Tello zaczął prężyć muskuły, ale nikt nas nie powitał. A ja zamarłem. To nie był oddział dziecięcy, a onkologia. Miejsce, gdzie poznałem Noelle.
- To nie jest ten oddział.
- Ja wiem, ale tędy jest szybciej. Tylko przejdziemy korytarzem – powiedziała lekarka i otworzyła drzwi.
W tle zobaczyłem Annę rozmawiającą z lekarzem. Kiedy się do nich zbliżyliśmy, zniknęli w gabinecie. Nie, to nie mogła być Anna. Siostra mojej byłej mieszkała w Valencii, nie miała po co tu być. Musiała mi się przywidzieć. Nagle zobaczyłem, że idę sam. Cristian stał w drzwiach do jednej z sal i wytrzeszczał oczy.
- Zobacz tam – wyszeptał z niedowierzaniem , kiedy do niego podszedłem.
- Nie będę oglądał kolejnej pięknej dziewczyny – pociągnąłem go, ale nie ruszył się z miejsca. No chodź, czekają na nas na dziecięcym.  I przypominam ci, że masz dziewczynę.
Lekarka patrzyła na nas z  niecierpliwością, więc ruszyłem w jej kierunku.
- Marc poczekaj ! – zawołał mnie Cristian – To nie jakaś dziewczyna, to Noelle ! A raczej dziewczyna bardzo do niej podobna, bo przecież, co Noelle robiłaby w szpitalu w Barcelonie, skoro cię zostawiła i szuka szczęścia gdzie indziej.
Nie, to niemożliwe. To pewnie kolejny żart Tello. Tym razem okrutny i nie wiem, co on chciał tym osiągnąć. Przeszłem jeszcze kawałek, jednak ciekawość wygrała. Wróciłem i stanąłem obok przyjaciela.
- To nie jest śmieszne.
- Ale to prawda – powiedział poważnie. 
Pokręciłem głową nad jego głupotą, ale spojrzałem na salę. Moje serce wywinęło koziołka. To była Noelle. Dziewczyna, którą kochałem od momentu naszego pierwszego spotkania. Ale wyglądała jakoś inaczej. Nadal była piękna, ale teraz to było jakieś smutne piękno. Schudła, miała zapadnięte policzki, krótsze włosy. Siedziała na łóżku pod kołdrą i czytała książkę. Moją książkę ! Tę, którą podarowałem jej dwa miesiące temu. Patrzyłem z rozrzewnieniem na moją ukochaną. Nie potrafiłem się ruszyć i do niej podejść, mimo że bardzo chciałem. Bałem się, że jeśli się poruszę, to ona zniknie. Dopiero w chwili, gdy ją ponownie zobaczyłem, uświadomiłem sobie, jak bardzo mi jej brakowało. Bardziej, niż mi się zdawało przez te dwa miesiące.
Nagle poczułem, jak ktoś szturcha mnie w ramię i ciągnie do tyłu. Myślałem, że to Cristian, ale nie, on gdzieś zniknął. To była Anna.
- Marc, co ty tu robisz ? – zapytała.
Nie mogłem określić, czy była wściekła, czy przerażona. Chyba oba na raz.
- Odwiedzam chorych.
- Ale jak, jak to ?
- Jedna z akcji klubu.
- Czyli ty nic nie wiesz o Noelle ?
- No nie. A powinienem coś ?
- Nie szukałeś jej ?
- Nie. Skoro odeszła, to odeszła.
- Już myślałam, że jej szukałeś przez cały ten czas. Dobra, nie ważne. Chyba musicie porozmawiać. Ja nie będę wam przeszkadzać. Przekaż Noelle, że wpadnę jutro.
Pomachała mi ręką na pożegnanie i ruszyła do wyjścia. A ja dzięki rozmowie z nią zyskałem odwagę, by wejść na salę. Podszedłem do jej łóżka.
- Noelle ? – wyszeptałem.
Poderwała głowę znad książki. Zaskoczenie, niedowierzanie, gniew, strach, przerażenie, poczucie winy. A w końcu miłość. Te wszystkie uczucia przelały się przez jej twarz.
- Marc ? Nie wierzę. Jak ?! Co ty tutaj robisz ?!
- Myślę, że to ty powinnaś wytłumaczyć mi kilka rzeczy – spuściła wzrok.
- Przepraszam – wyszeptała.
- Nie przepraszaj.
Wziąłem ją w ramiona. Nie mogłem się już powstrzymywać. Tak bardzo mi jej brakowało. Nie czułem już smutku, że mnie zostawiła. Czułem tylko ogromne szczęście, że już jest przy mnie. Zaczęła płakać. Nie robiłem nic, poza trzymaniem jej w ramionach.
- Noelle, powiesz mi co się tutaj dzieje ? – zapytałem, kiedy się uspokoiła – Dlaczego mnie zostawiłaś ?
- Musiałam.
- Nie satysfakcjonuje mnie taka odpowiedź.
- Marc, proszę cię, nie bądź taki okrutny – popatrzyła na mnie z bólem w oczach.
- Ja mam nie być okrutny ? Ja ? To co mam czuć po tym, jak nagle mnie zostawiłaś bez słowa ? – nagle ogarnęła mnie ogromna złość, której nie potrafiłem opanować.
- Ty nic nie rozumiesz – schowała twarz w dłoniach.
- No to może mi to wytłumaczysz ?!
- Tylko się uspokój, dobrze ? 
Patrzyła na mnie tym swoim wzrokiem, któremu nie potrafiłem się oprzeć. Nadal, nawet po tym wszystkim, co przeszedłem, działała na mnie tak mocno, że aż mnie to przerażało. Siła mojego uczucia nie zmalała. Nadal kochałem Noelle tak bardzo, że oddałbym za nią życie. Posłuchałem więc jej i usiadłem przy łóżku. Wzięła mnie za rękę i zaczęła swoją opowieść.
- Marc, zostawiłam cię, bo umieram – w jej oczach pojawiły się łzy – Nie mogłam pozwolić, byś przy tym był.
- Ale jak to ? – poczułem się , jakbym oberwał czymś w głowę.
Noelle miała umrzeć ? To musiał być jakiś okrutny żart. Czekałem na to, jak się roześmieje, ale nic takiego się nie wydarzyło. Po wyrazie jej twarzy zrozumiałem, że mówi prawdę.
- Nie przerywaj mi, dobrze ? Już i tak ciężko mi o tym mówić. Kiedy miałam piętnaście lat przypadkowo, podczas rutynowych badań, wykryto u mnie czerniaka. Nie był złośliwy, ale i tak musiałam rozpocząć leczenie. Przeniosłam się do szpitala, bo tak było łatwiej. Rodzice pogodzili się wtedy z tym, że  umieram i ograniczyli kontakty ze mną. Pozostała mi tylko Anna, która nie opuściła mnie do dziś. Poświęciła swoje życie prywatne i zawodowe, by być przy mnie. Ja po jakimś czasie pogodziłam się z faktem, że mój czas jest policzony. Kiedy nie miałam leczenia, podróżowałam po świecie. Dzień, w którym się tutaj spotkaliśmy, był moim najszczęśliwszym. Dowiedziałam się, że jestem zdrowa i mogę zacząć nowe życie. I zaczęłam. Poznałam ciebie – uśmiechnęła się do mnie przez łzy – pokazałeś mi, co to miłość. Tak bardzo ci za to dziękuję, mogę umrzeć spełniona.
- Ale jak to umrzeć ? Przecież powiedziałaś, że byłaś zdrowa w dniu, kiedy się poznaliśmy ? – nic już nie rozumiałem.
- Też tak myślałam. Okazało się jednak, że  się pomylono w laboratorium i to nie były moje wyniki. Mam przerzuty. Lekarka powiedziała mi o tym na trzy dni przed twoim powrotem ze zgrupowania. Musiałam rozpocząć na nowo leczenie. Podjęłam decyzję o rozstaniu, bo nie mogłam pozwolić, byś cierpiał będąc przy mnie. Nie chciałam mieszać cię w to wszystko. Marc, musisz mnie zrozumieć, zrobiłam to z miłości ! Nie mogłam pozwolić, byś widział, jak umieram. 
Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Serce bolało mnie bardziej, niż wtedy, gdy dotarło do mnie, że mnie zostawiła.  Dopiero co ją odnalazłem, a już miałem stracić. To było strasznie niesprawiedliwe. Chciało mi się płakać, ale musiałem być silny dla Noelle. Patrzyłem na nią tępym wzrokiem. Zrobiła to z miłości. Mimo wszystko nie powinna podejmować tej decyzji sama. Kochałem ją i chciałem być przy niej niezależnie od tego, co się działo. Była tą lepszą częścią mnie. Nie mogłem uwierzyć w to, że mogę ją stracić. Tym razem na zawsze.
- Ile czasu ci zostało ?
- Dwa lata.
Spojrzałem na nią z bólem. Dwa lata ?! Dlaczego tak mało ?! Chciałem krzyczeć, ale wiedziałem, że to nic nie pomoże. W końcu się uspokoiłem, zawsze mogliśmy mieć jeszcze mniej czasu. Trzeba wykorzystać to, co zostało nam dane.
Zerwałem się z krzesła i pobiegłem do gabinetu, w którym wcześniej zniknęła Anna.
- Jest pani lekarzem Noelle Lopez ?
- Dzień dobry. Tak. Dlaczego pan pyta ? – spojrzała na mnie zaskoczona.
- Czy ona musi tutaj być ?  Musi być na tym oddziale czy może mieszkać gdzie indziej ?
- Co pan ma na myśli ?
- Nie chcę stracić ani jednej sekundy bez niej z tych dwóch lat, które jej pozostały. Chciałbym, żeby zamieszkała ze mną. Jest to możliwe ?
- Myślę, że tak. W szpitalu musi być tylko podczas leczenia. Następną dawkę rozpoczyna za trzy miesiące.
- Dostarczę ją wtedy. Może wyjść już dzisiaj ?
- Jutro.
- Dziękuję – uściskałem kobietę i wróciłem do Noelle.
Przytuliłem ją mocno. Nie chciałem jej już nigdy wypuścić ze swoich ramion. Może gdyby była przy mnie ta choroba okazałaby się tylko snem ?
- Od jutra zamieszkasz ze mną.
- Co masz na myśli ?
- Noelle – spojrzałem jej głęboko w oczy – kocham cię najmocniej na świecie. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.
- Ale ja umieram – rozpłakała się. 
- Nie przerywaj mi. Co z tego, że umierasz ? To nie zmienia moich uczuć. A nawet je zwiększa, gdyż nie mamy nieokreślonego czasu. Kocham cię i będę przy tobie przez cały czas. Nie pozwolę ci cierpieć. Będę zawsze z tobą i odgonię ból. Kocham cię na dobre i na złe. Jesteś częścią mojego życia. Nie opuszczę cię, rozumiesz ? Już na zawsze będę przy tobie.

Objąłem ją i płakaliśmy oboje. Płakaliśmy nad nami, nad naszym uczuciem. Tak silnym ,ale jednak kruchym. Uczuciem, które miało się skończyć wbrew naszej woli. Ale póki co pragnęliśmy nacieszyć się sobą ……




~~~~
CZYTASZ = KOMENTUJESZ

To mój najdłuższy rozdział i jestem z niego bardzo dumna. Mam nadzieję, że wam się spodoba :)

piątek, 25 października 2013

Rozdział 3.

http://www.youtube.com/watch?v=Uj1AOKUPYTY


~ 3 miesiące później ~
*NOELLE*

To był pierwszy raz, kiedy byłam sama dłużej niż jeden dzień, odkąd przeprowadziłam się do Marca. Czułam się bardzo dziwnie w tych pustych pomieszczeniach. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Były chwile, kiedy jak pijana obijałam się o ściany w poszukiwaniu jakiejś cząstki mojego chłopaka. Kiedyś lubiłam być sama, a samotność była częścią mnie. Lecz było to zanim poznałam, jak smakuje miłość. Bo Marc był moją prawdziwą miłością. Był tym, kogo nazywa się bratnią duszą. Po sześciu miesiącach spędzonych z nim byłam tego pewna. To on sprawił, że budziłam się z uśmiechem na ustach. Nie miałam go dosyć i byłam pewna, że za 50 lat nadal nie będę miała. Tak, wiązałam swoją przyszłość z nim. Nie wyobrażałam sobie swojego życia za ileś tam lat bez niego. Fakt, że kiedyś weźmiemy ślub był tak pewny, jak to że 2+2 równa się 4.
A teraz byłam sama. To było nowe dla mnie uczucie. Od dwóch dni budziłam się bez jego ramienia przerzuconego przez moje biodra. Bez jego czułego pocałunku na dzień dobry. Zamiast tego miałam telefon na powitanie i na dobranoc. Bo Marc wyjechał na zgrupowanie. Liczyłam dni, ile pozostało do jego powrotu. Dzisiaj były to już tylko trzy. Coraz mniej czasu pozostało do tego, jak wejdzie do domu i znajdę się w jego bezpiecznych ramionach. A jak na razie, by zabić tęsknotę, założyłam na siebie kolejny przesiąknięty jego zapachem T-shirt, usiadłam w jego ulubionym fotelu z Niną na kolanach i zabrałam się za czytanie książki, którą pozostawił mi w prezencie, bym się nie nudziła.
Nie dane mi było nacieszyć się czytaniem. Kiedy kończyłam drugi rozdział, rozdzwonił się mój telefon. Myślałam, że to Marc dzwoni, by pochwalić się jak było na treningu, ale nie, to była moja lekarka. Dziwne. Naszło mnie jakieś złe przeczucie. Zdusiłam je w sobie i z uśmiechem odebrałam telefon.
- Dzień dobry, co tam słychać?
- Witaj Noelle. Jest coś, o czym musimy porozmawiać.
- Czemu jest pani taka poważna? - zaczęłam czuć przerażenie - coś się stało?
- Porozmawiamy o tym w moim gabinecie, dobrze? Dasz radę pojawić się jeszcze dzisiaj?
- Oczywiście, zajęcia zaczynam dopiero o 16:30.
- W takim razie do zobaczenia.
Nie wiem, czy mi się to nie wydawało, ale pani Carvalho brzmiała jakby miała się rozpłakać. Niee, pewnie po prostu była zmęczona po nocnym dyżurze. Złe przeczucie nadal mnie nie opuszczało, szczerze mówiąc - wzmogło się. Ubrałam się i pojechałam do szpitala.

***

Od 10 minut stałam przez drzwiami szpitala i nie potrafiłam tam wejść. Powróciły do mnie wspomnienia tych wszystkich zabiegów, igieł, nieprzespanych nocy, gdy płakałam ze strachu, że umrę. Przy Marcu, gdy nie widziałam szpitali, tak łatwo było o tym wszystkim zapomnieć, on nigdy nie pytał o blizny, a ja nie chciałam mu opowiadać o moich koszmarach z przeszłości. Byłam zdrowa, a to było moje nowe życie. Wystarczył jeden moment, gdy Marca nie ma przy mnie, a cały ten strach powrócił. "Nie możesz się bać, Marc byłby rozczarowany" powiedziałam sobie w końcu i weszłam do szpitala. Znałam drogę na oddział na pamięć, spędziłam tam tyle lat swojego życia. Kiedy przechodziłam przez hol wszystkie pielęgniarki się do mnie uśmiechały, znałam je i to bardzo dobrze. Przez tyle lat zastępowały mi rodzinę i przyjaciółki. Były jedynymi osobami, którym mogłam się zwierzyć poza Anną. Ich uśmiechy dodały mi otuchy. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi gabinetu doktor Carvalho.
- Dzień dobry, chciała mnie pani widzieć. 
Uśmiech zamarł mi na ustach, kiedy zobaczyłam jak wielka powaga i smutek malują się na twarzy mojej, niezwyciężonej przecież, pani doktor. Wstała zza biurka, podeszła do mnie i przytuliła mocno. Poczułam jak mój policzek robi się mokry. Mokry od jej łez. Po raz pierwszy w życiu płakała przy mnie. Po chwili otarła twarz ręką i na nowo wróciła na nowo moja znajoma pani doktor. Spojrzałam na nią przerażona.
- Co się dzieje?
- Noelle, nie wiem, jak Ci to powiedzieć.
To jedno zdanie sprawiło, że wiedziałam już, że moje złe przeczucia na pewno się spełnią.
- Może bez owijania w bawełnę?
- Usiądź - westchnęła - Twoje doskonałe wyniki spędzały mi sen z powiek.
- Ale dlaczego? - zdziwiłam się.
- Bo były zbyt dobre. Nikt tak nagle nie zdrowieje. Początkowo chciałam wierzyć w cud, ale cuda nie istnieją. Liczy się tylko nauka. Oddałam Twoje próbki do ponownego badania.
W oczach mojej lekarki ponownie pojawiły się łzy, a ja patrzyłam się na nią tępym wzrokiem i czekałam na to, co jeszcze mi powie.
- Noelle, tak bardzo mi przykro. Te nowe wyniki mówią, że masz przerzuty.
- Ale przecież to nic nie znaczy? - tym pytaniem próbowałam sobie dodać otuchy, choć w głębi serca już wiedziałam, że Carvalho ma rację
- Poprzednie wyniki, te sprzed Twojego wypisu, nie były Twoimi wynikami, a kobiety zza ściany.
- Ale...ale jak to?
- Osoba odpowiedzialna za wyniki tamtego dnia była po mocno zakrapianej imprezie urodzinowej. Pomyliła naklejki z nazwiskami. Już została zwolniona.  

- Co mi to da? - zapytałam.
Nie czułam nic. Po prostu nic. Jakby nagle jakaś tajemna siła wcisnęła przycisk "off" w moim mózgu.
- Tak mi przykro. Przejdźmy do najważniejszych rzeczy. Musisz na nowo podjąć leczenie. Ale, przykro mi to mówić, przedłuży Ci to życie tylko o dwa lata. 
- Czyli co, zostały mi dwa lata życia?
Lekarka popatrzyła na mnie smutno. Czekała, jak zacznę płakać. Ale ja nie miała zamiaru. Przecież już dawno pogodziłam się z tym, że umrę.
- Czy leczenie muszę odbywać tutaj?
- Nie, pierwszą fazę lepiej żebyś przeszła gdzie indziej. Oczywiście jeśli chcesz. Kiedy pojawisz się na oddziale?
- Jeszcze nie wiem, skontaktuję się z panią. Dziękuję za rozmowę, miłego dnia.
Drzwi gabinetu zamknęły się za mną. A mnie uczucia dopadły z całą siłą. Osunęłam się na kolana i zaczęłam płakać. Podbiegły do mnie pielęgniarki próbując pocieszyć, ale ja nie mogłam się uspokoić. Nie chciałam umierać, nie wtedy, kiedy poznałam, co to prawdziwe życie.

***

W końcu udało mi się jakoś uspokoić i wróciłam do domu. Przebrałam się w bluzę Marca, przytuliłam się do Niny i zwinęłam w kłębek na łóżku. 
Patrzyłam tępo w ścianę. Nie potrafiłam już płakać. Czułam pustkę. Dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy, tyle wycierpiałam, a on dał mi tylko pół roku szczęścia ? Czym zawiniłam? Nie bolało mnie to, że umrę. Nie, z tym pogodziłam się już dawno temu. Bolał mnie fakt, że pozostawię Marca samego. Tak bardzo go kochałam, a będę musiała go opuścić. To nie było sprawiedliwe. Najlepiej, by było, jakbym go nie poznała. Oszczędziłoby to cierpienia i łez. Po co ktoś postawił go na mojej drodze, skoro prawie od razu miałam go utracić ? Był całym moim życiem. Pokazał mi, co to szczęście. Nauczył mnie kochać, otworzył moje serce. Dla niego chciałam być lepsza. A teraz to wszystko nie miało znaczenia, bo to był koniec. Mój koniec. Nie liczyłam "tych dwóch lat, które mi pozostały". Miałam je spędzić na leczeniu, które i tak miało się nie powieść. Gdyby nie było Marca, to bym się na to nie zgodziła. Ale chciałam walczyć dla niego. Chciałam, by był ze mnie dumny. Nawet jeśli miałam go zostawić.
Anna przyjechała wieczorem. Zadzwoniłam do niej, kiedy wracałam do domu. Nie mogłam być sama tego wieczoru. Chciałam, by poparła mnie w decyzjach, jakie podjęłam.
- Kochana ty moja! - wykrzyknęła, gdy zobaczyła moją czerwoną od płaczu twarz.
Łzy w końcu popłynęły. Nie potrafiłam już ich trzymać w sobie, kiedy podjęłam ostateczną decyzję. Anna przytuliła mnie mocno i pozwoliła, bym wypłakała się na jej ramieniu. Dopiero gdy udało mi się jakoś uspokoić, zapytała:
- Co się stało?
- Mam raka.
- Nie żartuj sobie.
- Nie żartuję. Tamte wyniki nie były moje. Ktoś się pomylił w laboratorium. Carvalho zleciła analizę moich próbek jeszcze raz, bo moje dobre wyniki nie dawały jej spokoju. No i okazało się, że mam przerzuty. Zostały mi dwa lata życia.
Anna wpadła w furię, gdy to usłyszała. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak wściekłej. Już zadzwoniła do swojego prawnika, który miał przygotować oskarżenie przeciwko szpitalowi. Próbowałam ją przekonać, że to nic nie pomoże, ale nie chciała mnie słuchać. Myślę, że to był jej swoisty sposób na pogodzenie się z sytuacją. Chodziła w tę i wewte po pokoju nie mówiąc ani słowa. Przerażona Nina skuliła się obok mnie na łóżku. Nagle Anna usiadła w fotelu i wybuchnęła płaczem. Był to tak niecodzienny widok, że aż zamarłam. Ona zawsze była tą silniejszą z nas. Jeśli płakała, to tak, był tego nie widziała. Dzisiaj musiało być naprawdę strasznie, skoro odważyła się pokazać mi swoje łzy. Wstałam i przytuliłam ją.
- Noelle, co teraz będzie?
- To samo, co sobie ustaliłyśmy. Będziesz żyła swoim życiem. Wyjdziesz za Davida, bo jeśli nie, to będę go nawiedzać z zaświatów. 
Anna uśmiechnęła się przez łzy.
- Nie wiem, czy dam radę.
- Musisz - powiedziałam z przekonaniem - zawsze byłaś tą silniejszą.
- Tylko dlatego, że muszę być taką dla Ciebie. Co będzie, jak Ciebie zabraknie? W kim odnajdę swoją siłę?
- Nadal we mnie. I w miłości do Davida. Zaczniesz nowe życie. Takie, jakie myślałam, że mi będzie dane.
- Proszę Cię, nie mów tak.
- Ale dlaczego? Przecież moje życie się już skończyło! - wykrzyknęłam.
- Wcale nie! Zostały Ci dwa lata życia.
- To nie będzie życie. To będzie marna egzystencja pomiędzy jednym zabiegiem, a kolejnym. Życiem nazywam czas, kiedy jestem przy Marcu. A ten czas już się skończył. 
- Co masz na myśli?
- Ostatni raz widziałam go dwa dni temu.
- I zobaczysz za trzy, jak wróci ze zgrupowania - przerwała mi.
- Nie, to był ostatni, ostatni raz - moje oczy na nowo wypełniły łzy - muszę go zostawić i zniknąć z jego życia.
- Ale dlaczego? - Anna była bardzo zaskoczona.
- Nie mogę wnieść tej całej choroby do jego życia. Był częścią mojego nowego, ale teraz nadszedł czas, bym powróciła do starego. Było cudownie, ale trzeba się pożegnać. A najłatwiej będzie zrobić to, gdy nie będę go widzieć. Wtedy będzie bolało odrobinę mniej.
- Jesteś pewna? Przecież on Cię kocha.
- Ja też go kocham. I właśnie dlatego muszę go zostawić.
- Nie rozumiem...
- Kocham go tak mocno, że nie potrafię tego opisać. Jest moją drugą połówką, moim szczęściem, moją podporą, powodem, dla którego wstaję z łóżka. I właśnie dlatego nie mogę pozwolić, by widział,, jak umieram. Jak z dnia na dzień staję się coraz słabsza, a choroba niszczy mnie od środka. Muszę oszczędzić mu tego smutku i bólu.
- A nie sądzisz, że on jednak chciałby być przy Tobie?
- Nie. Nie pozwolę na to. On nie może cierpieć.
- Nie uważasz, że będzie cierpiał, jeśli go zostawisz?
- Uważam. Ale jeszcze bardziej będzie, kiedy zobaczy, jak umieram. Lepiej będzie, jeśli będzie myślał, że go zostawiłam. Pocierpi i zacznie żyć na nowo. 
- Skoro tak twierdzisz..
- Tak, jestem tego pewna. 
Podjęcie tej decyzji kosztowało mnie tak wiele. Moje serce rozpadło się na kawałki. Ale to była cena, jaką przyszło mi zapłacić za szczęście Marca. Byłam więc gotowa ją ponieść. Odejdę i zachowam wspomnienia o nim i tym, jak cudownie się przy nim czułam. To one z czasem pozwolą mi odejść. I odejdę szczęśliwa, bo przeżyłam prawdziwą miłość.
Anna pomogła mi się spakować. W między czasie rozmawiałam z doktor Carvalho i zdecydowałam się na podjęcie pierwszej fazy leczenia w Madrycie. Tam łatwiej mi będzie zapomnieć. Spakowałam wszystkie zdjęcia, jakie zrobiłam sobie z Marciem, oraz wszystkie rzeczy, które mogłyby mu o mnie przypomnieć. Tak szybciej ruszy do przodu. A ja wzięłam ze sobą jego bluzę oraz książkę, którą mi podarował przed wyjazdem. Jedyne, co mi po nim pozostanie poza zdjęciami i wspomnieniami. Wychodząc z mieszkania, zostawiłam na łóżku kartkę:
"Kocham Cię, ale muszę odejść"








~~~~
CZYTASZ = KOMENTUJESZ

Rozdział zadedykowany mojej kochanej Justynce, z którą spędziłam dzisiaj dzień <3